::księga gości::


::napisz do mnie::
mmcywinska małpka wp.pl

GG 9284345



Galeria Babci Malgosi


2010
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

BALLADA O URZĘDZIE SKARBOWYM I SŁOŃCU

 

Ballada

- na trzy przedstawicielskie głosy   

 

   Śpiewa przedstawicielka Narodu,

   zamieszkała na wsi

   w Polsce północno-wschodniej

 

Hej, słońce zaświeciło

Nagrzało w chałupie

Hej, zrobiło się miło

I mniej w krzyżu łupie

   Radość oświetla twarze

   Tubylcom i gościom

   Słońce dał pan nam w darze

   Napełnion miłością

Każdy zadowolony

I ludzie i krowy

Jeden co rozsierdzony

To Urząd Skarbowy

   Bo słońce darmo grzeje

   Pola i rabatki

   A Urząd chciałby na to

   nałożyć podatki

 

       Śpiewa przedstawiciel Urzędu Skarbowego

 

Za darmo to nic nie ma

Toteż i gorąca

Musimy więc nałożyć

Podatek od słońca

   Bo kiedy słońce świeci

   To nasz rząd biednieje

   Bo ciepło darmo leci

   I za darmo grzeje

Im słoneczniejsze lata

Jesienie i zimy

Tym większa rządu strata

I my też tracimy

   Bo gdy ktoś się bogaci

   Nieważne od czego

   Musi podatek płacić

   Od dobra wszelkiego

A dzięki słońcu rośnie

Za  darmo na polach

Ziemniak, groch i pomidor

Burak i fasola

   Za darmo przy chatynce

   Skowronek Wam śpiewa

   Za darmo deszczyk pada

   Darmo szumią drzewa

Darmo też gdaczą kury

Lis chodzi w oddali

Podatek od natury

Musimy ustalić

 

      Śpiewa przedstawiciel opodatkowanej części narodu

 

Hej, odczep się Urzędzie

Od daru Bożego

W piekle się smażyć będziesz

I tyle Twojego

   A słońce będzie z nami

   Aż do końca świata

   W lesie, w polu i w parku

   Zimą i wśród lata

Niech i Twoje marmury

Słoneczko ogrzewa

Spogląda na dół z góry

Dobroć w nich zasiewa

   I niechże się umacnia

   Ta dobroć na dłużej

   Niech darmo przed Urzędem

   Kwitną złote róże

 

Przećwiczmy tę balladę razem,

by zespołowo zaśpiewać ją Urzędowi Skarbowemu 

i życzyć Mu radości

i żeby nas pokochał

 

  

 

 


babcia-malgosia


2010-01-26 o 20:50:16
skomentuj (6)

"Kramik"

Prawie w każdy wtorek kupujemy w kiosku na rynku w P. „Kramik” – tygodnik bezpłatnych ogłoszeń.

Są w nim ogłoszenia różne i bardzo wiele przeróżnych działów. 

Często jeździmy po Podlasiu oglądać stare chałupy na sprzedaż, wynalezione właśnie w "Kramiku" – są to wspaniałe  jednodniowe  wycieczki , podczas których  poznajemy nowe wsie i różne ciekawe miejsca, jak też ludzi, właścicieli tych chałup, i ich sąsiadów. 

Wydajemy trochę pieniędzy na te nasze wyprawy (paliwo), ale traktujemy to jako  inwestycję w naszą  kulturę szeroko pojętą, geografię i krajoznawstwo, połączone z rozrywką.  

Nie chodzimy  na ogół do teatrów, kin, nie wyjeżdżamy na wakacje poza P., nie korzystamy z żadnych wesołych miasteczek czy cyrków, czy czegoś podobnego.  Jest to naprawdę omal jedyna nasza  życiodajna rozrywka rozwojowa, pozadomowa. 

Teraz, gdy mróz i akumulator sobie (i nam) wysiadł, takie wycieczki są niedostępne, ale „Kramik” i tak co wtorek kupujemy.

Siedziałam dziś nad nim około dwóch godzin . Znalazłam wiele bardzo ciekawych ogłoszeń, mówiących także wiele o tej, bliskiej mojemu (naszemu) sercu , Polsce i o jej mieszkańcach.

Tak więc:

- w dziale POTRZEBUJĘ:  Kozę mleczną, gumowce.                                                                                   (Mamy zamiar zadzwonić tam i spytać  o numer gumowców – mamy różne rozmiary -  a później ewentualnie pojechać z nimi  i zobaczyć jak ten ktoś żyje i co mu jeszcze potrzeba).

- w dziale KOMPUTERY SPRZEDAM: Komputer, kompletny, 300 zl

- w dziale DLA DOMU INNE SPRZĘT AGD: Numery domów, drewniane, 10szt, 25-35zl/szt                                  (10 szt.  hm ale jakie numery, skoro tylko 10szt – czy jest np.5?)

- w dziale HOBBY MUZYKA: Akordeon Hohner Atlantic, 4 De Lux, futerał, klawiatura prążkowana, bardzo głośny

-  w dziale HOBBY JEŹDZIECTWO: 1)Sanie konne, zimowe (chyba nie kupię, bo poszukuję jesiennych). 2) Wóz barokonny i bryczka (może to taki wóz obwoźny z barem?)

- w dziale ANTYKI: 1)Nogi odlewane żeliwne z maszyną do szycia, blat. 2)Kufer amerykański z lat 50., gmina… 3)Szafy 2szt,b.stare.

- w dziale KSIĄŻKI CZASOPISMA: Encyklopedia lotnictwa, 982 strony, dużo zdjęć, opisów, przekroje (chyba kupię, bardzo lubię książki z obrazkami, z dzieciństwa mi tak zostało)

- w dziale INNE: Pułapki żywołowne, do obłowu szczurów, tchurzy( pisownia oryg.), kun, lisów, 10szt

- w dziale DZIAŁKI SPRZEDAM: 0,0882ha, widok na bagienko (oj, to musi być tam ślicznie no i hodowla wnuków przy bagienku, jak znalazł)

- w dziale MATERIAŁY BUDOWLANE SPRZEDAM: Wanna zielona 70/140cm, mało używana ( to dobrze, że nie od czyściochów, bo mogłaby być zbyt zużyta)

W dziale TELEFONY SPRZEDAM: 1) Nokia 6020, sprawna, czasem gubi zasięg 2) Nokia, ładowarka, duży bolec, Białystok

***

A kilka miesięcy temu było takie oto ogłoszenie w moim „Kramiku”: Klątwy zdejmuję, wróżka (jakaś tam, już nie pamiętam imienia)

***

Już  nie mogę doczekać się wtorku i chociaż duży mróz, podreptam do kiosku.

I jeszcze jedno – właśnie w „Kramiku” wynalazłam ogłoszenie o chałupie, którą kupiła moja zaprzyjaźniona postać J.


babcia-malgosia


2010-01-23 o 21:45:57
skomentuj (8)

Moja zima na wsi, przy piecu kaflowym


Wielu moich sąsiadów, tu na wsi, drży na myśl, że mogłoby u nas zabraknąć prądu, tak jak obecnie na  Śląsku. Bo teraz to wszystko jest tu na prąd i to prawie u wszystkich. Centralnego to nie mają tylko ludzie starsi, emeryci KRUSowi, renciści, ludzie niezaradni…Bo centralne ogrzewanie jest na węgiel, drewno, trociny albo słomę, ale w systemie tego „ustrojstwa” działa tam taka pompka tłocząca (ale jak działająca, to dokładnie nie wiem), która jest  na prąd.

Krowy w większej ilości też doi elektryczna dojarka. Kilka można wydoić ręcznie, ale czterdzieści?  Krowy, zresztą, do ręki ludzkiej przy dojeniu już nieprzyzwyczajone. To trochę tak, myślę, jak z niemowlaczkiem, który poznał już karmienie butelkowe. 

Piece kuchenne, tak zwane tu maszyny, w większości domów polikwidowano, bo to i roboty więcej i ciągły brud – pył z popiołu, węgla…

Gotuje się najczęściej na gazie z butli. 

Telefony komórkowe ładuje się dzięki elektryczności. U mnie nawet telefon stacjonarny jest na prąd. Musze zadzwonić, a propos, do mojej „ukochanej” błękitnej linii i spytać czy tak musi być, bo w Warszawie np. telefon działa gdy prądu nie ma.

Nie mówię już o takich luksusach jak  telewizor, komputer czy czajnik elektryczny.

***

Nie było u nas niedawno prądu przez jeden dzień - do późnych godzin wieczornych. Napalone miałam w maszynie (bo ją mam, nie zlikwidowałam), zapaliłam kilka świeczek (bo je miałam, trzeba mieć na w razie co), siadłam przy stole, pomyślałam, poukładałam sobie w głowie kilka spraw. Na ogół robie takie rzeczy rano, w łóżku (budzę się dość wcześnie), kiedy świat mnie jeszcze nie wzywa.

Źle mi nie było, aczkolwiek był to tylko jeden dzień.

Nie odczułam jeszcze tak bardzo braku wody, która przecież  też jest w hydroforni pompowana dzięki prądowi.

Z oczyszczalnią ścieków podobnie.

Ale ja mam szambo, ha! ha!, choć już od dawna gmina zamierza i nasze okolice podciągnąć do oczyszczalni, ale jakoś nic z tego nie wychodzi. Może i dobrze?  Nasze szambo jest małe, zaraz pod oknem kuchennym, ma za ciężką klapę, ale jest NASZE, niezależne od prądu.

Nasz błąd, że nie oczyściliśmy do tej pory naszej zasypanej studni. Trzeba będzie tego dokonać.


Co by się jeszcze przydało, w ramach wolności i niezależności od prądu?

- ładowarka samochodowa do telefonów komórkowych

- takie ustrojstwo na butlę gazową do ogrzewania (będzie działać, gdy będzie gaz!)

- ze dwie zapasowe butle wypełnione gazem

- dokupić trochę węgla jeszcze, albo ściąć i pociąć nasze drzewa z działki i niech już schną.

 

I PRĄD MOGĄ WYŁĄCZAĆ!!!

Bo najważniejsze to uniezależnić się od elektryczności.

Wiem, na Śląsku nie wyłączyli prądu, „sam” się wyłączył.

Ale może oto zaistnieć taka sytuacja, że KTOŚ zechce  nas podbić i zagarnąć (mając już w tym ogromne doświadczenie i jeszcze większe potrzeby). Nie będzie już musiał walczyć z ludzkimi poglądami, przekonaniami, ideami, z Kościołem czy opozycją patriotyczną. Wystarczy, że wyłączy prąd (proponuję też i gaz) i da z powrotem tym, którzy zapiszą się do jego Cudownej Jedynie Słusznej Partii.

Ręka w górę, kto się nie zapisze. Znajdzie się  może dwóch, trzech, takich, co to już mieszkają w lepiance, na działkach, albo na ławce w parku. No może jeszcze kilku ideowców, których od razu nazwą głupimi, nieżyciowymi fundamentalistami.

 

 

 


babcia-malgosia


2010-01-20 o 18:41:23
skomentuj (2)

Stary i Nowy Rok w P.

 

 

 

31.12.2009

Nie pamiętam kiedy ostatni raz podsumowywałam rok w Sylwestra lub coś sobie postanawiałam w Nowy Rok. Może w dzieciństwie lub wczesnej młodości…

Ja nie żyję jednostką roku. Postanawiam sobie wtedy, kiedy postanawiam.

Nigdy tez nie byłam na Sylwestra w tak zwanym lokalu czy w restauracji.

W tym roku, czyli dziś, spędzamy Sylwestra w naszych własnych lokalach w P.

I to tylko we dwoje.

Rano naznosiliśmy drewien do pieców i zapaliliśmy w trzech piecach. Zimno było już, jakieś 13 stopni a w sypialni 8, bo nam się wczoraj nie chciało palić. A na dworze minus 9.

Mąż mój od rana przy biurku, chce skończyć rozdział.

Zjedliśmy obiad z resztek świątecznych – był dobry, spory i dość kolorowy, na stole zapaliłam świeczkę. Pewnie niedługo odwiedzimy Szefa w kościele, choć mam świadomość, ze w kościele jest tak zimno, ze myśl czasem przykleja się do myśli, a noga przymarza do nogi.

Alkoholu nie pijamy, wiec i dziś nie wypijemy – swoje w życiu już wypiliśmy. Pijemy za to dużo herbaty malinowej.

Nie wiem, czy wytrwamy do 24, raczej nie, wcześniej wiec ludziom przeróżnym złożę życzenia, żeby mnie nikt nie budził o północy.

Wam wszystkim tu bywającym też życzę, żeby lepiej, pod każdym względem.

Pójdziemy jeszcze z psicą na spacer włożywszy uprzednio gumofilce, bo śnieg dość głęboki.

O ile Sonia zechce, bo tu już od wczoraj strzelają.

***

Co do myślenia o przyszłości, owszem, coś we mnie kiełkuje, coś, co zrodziło się gdzieś w listopadzie i powoli się we mnie rozrasta.

Nie chodzi o żaden jeszcze jakiś następny aktywizm, jakieś działanie, cos robienie. Dotychczas było tego dużo, czasem  nawet bardzo dużo…

Chodzi o ciszę, bezinteresowną ciszę…

O spokój,

O samotność.

Chodzi tez o być, po prostu być, siedzieć, na przykład, na ciepłym przypiecku, opowiedzieć coś Sąsiadowi z Góry, przesunąć się, by Sąsiad tez usiadł. I tak po prostu siedzieć. Tak jak kiedyś, gdy byłam narzeczoną i usiedliśmy sobie z narzeczonym na mostku, machaliśmy nogami i tak po prostu siedzieliśmy. I, na pewno, ten czas nie był zmarnowany…

I nie spieszyć się.

Nie wiem czy można  nazwać medytacją siedzenie  sobie  po prostu na przypiecku i nie myśleć specjalnie o niczym, ale cieszyć się, ze się jest tu w P., oglądać piękne widoki przez okno i dziękować Sąsiadowi z Góry, ze umożliwił mi to wszystko. I prosić Go, żeby pomógł mi nie spieszyć się, nauczył  cieszyć się każdą chwilą i nie traktować zbyt poważnie  tylko tego, co daje efekty, co jest skuteczne i celowe.

Nie wiem tak dokładnie, czym się różni medytacja od kontemplacji a obie od adoracji. Adoruje się Kogoś, ale medytować można z pewnością o stole i ten stół kontemplować.

Jeszcze nie tak dawno bardziej rozumiałam Martę niż Marię biblijną. Wydawała mi się bardziej odpowiedzialna,  gościnna i pracowita. Całe dotychczasowe życie byłam raczej  Martą – na nic nie było czasu, bo dzieci, dom, mąż, praca…

Czas przejścia na emeryturę, czas, gdy dzieci usamodzielniły się, nie jest, przede wszystkim, trudny dlatego, że przestajemy być potrzebni, że mamy tego czasu za dużo, ale dlatego, że  nie umiemy przestawić się z Marty na Marię, że traktujemy nie-działanie za czas zmarnowany…

Dwa pytania  sobie stawiam (o ile pamiętam o nich, bo starość to także coraz gorsza pamięć) w każdej niemal sytuacji: czy moje myślenie i nie-myślenie, działanie i nie-działanie czyni ziemię lepszą,  drugiego człowieka lepszego i czy mnie samą przybliża do Boga.     

 

 


babcia-malgosia


2009-12-31 o 17:59:31
skomentuj (9)

Wigilia 1981


Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, trzeba kupić choinkę, jedzenie, prezenty…

Nie mam pieniędzy, jest, ponadto, duży mróz, a nie wszystkie moje dzieci mają ciepłe buty, boję się, poza tym, zostawiać je na dłużej same w domu.

Wydłubuję z szafy ostatnie dolary, z oddanych nam przez Prokuraturę z ichniejszego depozytu, a zabranych podczas rewizji w domu, i udaję się jednak do Pewexu, by kupić dzieciom jakieś prezenty pod choinkę. Nie od Świętego Mikołaja, od niego będą u dziadków, ale od Tatusia. Nie ma Tatusia, no to chociaż prezenty…

Kupuję deskorolkę i dwa komplety Lego, oraz dla każdego po 2 gumy do żucia.

Wracajac kupuję jeszcze trochę fasoli. Bez kolejki. Bo wszędzie są, i to wielkie, a ja muszę być jak najszybciej w domu. Choinki nadal nie mamy.

Zdesperowana decyduję wyjść z nożem-piłą, już po zmierzchu,, przed dom, gdzie rosną choinki, i uciąć choć jedną gałąź. Syn, który wie o moim pomyśle, odchuchal sobie szybę i patrzy…

Chodziłam dookoła tej choinki, chodziłam, ale bałam się, żołnierze byli tak blisko, a ja z nożem…

Wróciłam bez gałęzi.

Rano w Wigilię nagle ktoś zapukał do drzwi – to Bożena, moja zaprzyjaźniona postać,  przyniosła mi choinkę. Wiedziała o moich poszukiwaniach, a właśnie byli pod Warszawą po swoją…

Trzeba jeszcze ją ustroić..

I znów ktoś puka – tym razem to ksiądz A. Składa nam życzenia i zaczyna tak dziwnie krążyć po kuchni, zagląda do garnka, gdzie właśnie gotuje się fasola. Pewnie jest głodny.

Okazuje się jednak, że nie – chce wziąć moje klucze od domu i prosi bym naszykowała mu  następną partię ”trefnych” książek, które co kilka dni  ode mnie odbiera. Szkoda by ich było, gdyby je zabrali w czasie rewizji, której spodziewałam się każdego dnia.

Niebawem wychodzimy do Rodziców, dość wcześnie, ale lada chwila komunikacja miejska przestanie funkcjonować. Taksówek nie ma, prywatnych samochodów jak na lekarstwo – benzyna tylko na talony, dla wybranych.

Jest nas na Wigilii, jak zawsze, dużo, jest wesoło, śpiewamy kolędy, jest pyszne jedzenie, cukierki,  których pełne kieszenie moje dzieci ukradkiem wynoszą.

Niestety nic już nie jeździ, musimy wracać na piechotę, mamy, bagatelka, jakieś 8 kilometrów.

Gdy wreszcie docieramy do domu i otwieramy drzwi, buchają nam w nosy różne fantastyczne zapachy…

 Okazuje się, że w jadalni na stole czeka na nas cała Wieczerza Wigilijna – wszystkie potrawy  w półmiskach, są talerze, sztućce, kompot, szklaneczki, no  wszystko.

Dania są gorące, pachną i czekają…

Dzieci są przekonane, że to podarunek św. Mikołaja.

***

Klucze ks. Andrzej oddał następnego dnia.

 

-

 


babcia-malgosia


2009-12-26 o 14:47:53
skomentuj (6)

13 grudzień 1981 rok

 

 

11 grudzień 1981 rok, piątek – wracam z Rzymu, po 10 dniach nieobecności.

Dziećmi (9 lat, 7 i 3,5) w tym czasie opiekowała się ciocia Lilka. Mój małżonek przebywał w Wiecznym Mieście na czteromiesięcznym stypendium naukowym.  Przywiozłam stamtąd różne prezenty dla wszystkich, a dla najstarszego wymarzoną grę Monopoli.

Wycieńczona ciocia dość szybko wyjechała do domu, obiecała jednak przyjść następnego dnia, w sobotę, 12 grudnia, pograć z nami wszystkimi w Monopoli. Dziecko nr1 bardzo ją o to prosiło.  

12 grudzień 1981 rok, sobota , ciocia pojawia się po południu, po kilku godzinach  chce zamówić taksówkę, okazuje się jednak, że telefon nie działa. Próbuje jeszcze połączyć się z Baśką M. – bezskutecznie.  Cóż,  bywa. Widocznie telefon zepsuty. Wyszła więc  wcześniej, żeby, ewentualnie,  złapać jeszcze autobus…

13 grudnia 1991 rok, niedziela – godz.6 rano, zaprzyjaźniony jezuita puka do drzwi i mówi, że jest stan wojenny i że się spieszy, bo musi jeszcze zawiadomić wiele osób i sprawdzić, kto został internowany. Nie bardzo wiem co tak naprawdę oznacza stan wojenny, ale dzieci budzą się, trzeba zacząć dzień.. Godz. około ósmej – do drzwi puka siostra cioci Lilki. Pyta, czy Lilka u nas nie nocowała, bo była w jej domu rano, łóżko zaścielone, brak kożucha, szczoteczki do zębów… 

Najprawdopodobniej przyszli po nią w nocy. W końcu była działaczką  KORu.

Telefony nadal nie działają, komunikacja miejska nie funkcjonuje, z okien  naszej kuchni widać pancer, a nieopodal koksownik i żołnierzy dookoła. Co godzinę generał  w czarnych okularach mówi z telewizora  o wyższej konieczności, w międzyczasie gra Chopin, nie ma żadnych programów,  również dla dzieci, wieczorem także Dobranocki…

Godzina 11 – przychodzi mój Ojciec, sprawdzić, co słychać…

Od poniedziałku szkoły zamknięte, a w telewizorach przez wiele godzin dziennie puszczają „Czterech pancernych i psa” – film nieźle zrobiony, ale ta cudowna przyjaźń polsko-radziecka, w każdej sytuacji…

Zamykają moje miejsce pracy (Tygodnik Solidarność). Po pewnym czasie  wprowadza się tam Komisarz, nie od razu na szczęście – można  więc powynosić to i owo, również listy czytelników, z nazwiskami i adresami. Robiąc inwentaryzację Komisarz dziwi się, że mój małżonek (który tam także pracował), zabrał z sobą za granicę aż 4 magnetofony. Musiał mieć, tłumaczy mu się, no bo jak dziennikarzowi sprzęt popsuje się, nie kupi sobie przecież nowego, nawet na baterie by go nie było stać… 

Jestem bez pracy,  męża, kartek do sklepów…  

Kiedy my się zobaczymy?

Chyba nieprędko, zwłaszcza,  że  on tam „rozrabia” – przemawia w telewizji włoskiej, protestuje, nawołuje, uczy ( kogo się da) Polski, jej historii, wyzwań, walk , marzeń i potrzeb Polaków. W prasie polskiej nazywają go „samozwańczym reprezentantem Solidarności”. Mam ten wycinek.  

Spotkamy się.

Nie bez problemów.

Po prawie roku… 

Cdn.

 


babcia-malgosia


2009-12-11 o 19:16:26
skomentuj (13)

Gdy zawijałam prezenty...


Kupiłam już prawie wszystkie prezenty. Jeden zaczęłam czytać i …znalazłam w nim bardzo ciekawe myśli. Oto dwie z nich:

- Emanuel Celler (50 lat sprawował mandat kongresmana Stanów Zjednoczonych) - o tym, jak odnieść sukces w Waszyngtonie:

  „ Trzeba mieć przyjazne nastawienie dziecka, entuzjazm nastolatka, pewność siebie studenta, dyplomację wiarołomnego małżonka, ciekawość kota i pogodny nastrój idioty”.

- Einstein Albert, w 1919 roku, po potwierdzeniu jego teorii:

  „Teraz, kiedy zostałem bohaterem, w Niemczech mówi się o mnie jako o niemieckim uczonym, w Anglii jako o szwajcarskim Żydzie. Gdyby moja teoria nie została potwierdzona, dla Niemców byłbym szwajcarskim Żydem, a dla Anglików niemieckim uczonym”.



babcia-malgosia


2009-12-08 o 18:26:13
skomentuj (2)

Czytam, przeglądam, czytam
W drodze
Więź
Znak
Tygodnik Powszechny

Przydatne, praktyczne
Merlin
Rozkład jazdy autobusów i tramwajów w Warszawie
Wikipedia
Google
Allegro

Wiara, religia, życie
ks.Łukasz prosto o sprawach niekoniecznie prostych
Jan Turnau refleksje biblijne czyli tzw. pisanki
Artur Sporniak blog o Kosciele, seksie, moralnosci
Mateusz
Opoka
Dominikanie

Różnorakie Artystylia
Regionalizm i folklor
Portal rynku sztuki dawnej i współczesnej
Ośrodek Działań Artystycznych dla dzieci i młodzieży
Swiat gliny
Zaprojektuj sobie sam (koszulki, kubki, kafle...)
Galeria Wylęgarnia
Zawady Oleckie
romantycznie.com art. prezenty
Polskie Ekspozycje Sztuki
Ludowo Mi sklep sztuki ludowej
CeramikaSztuka

tu często zaglądam
anki gadanki
Ryba
kociubinska
matka od aniolka
soleil
puchatek
mada
Fanaberka
emigrise
patunia
Blog dla Basi
andy
tuv
Cotek
matka-dzieciom
dudi
mattkapolka
towarymieszane
Dagna
agnieszek
jak-ciotka-w-kielcach
dzieci-moje
kapelan
druga-mama
dziecko nr3